W mieszkaniu, w którym spędziłem zdecydowaną większość swojego życia, bo ponad dwadzieścia lat, przez długie lata nie mieliśmy centralnego ogrzewania.

Musieliśmy palić w piecu, co miało swoje dobre strony, jak możliwość rozładowywania negatywnych emocji poprzez rąbanie drewna (naprawdę czasami mi tego brakuje), ale miało też minusy.

Na przykład to, że zimowym rankiem mieszkanie było wyziębione i żeby je ogrzać trzeba było zejść do piwnicy i przynieść węgiel w wiadrze. Samo dostarczenie węgla było zresztą dopiero początkiem drogi do podniesienia panującej temperatury, bo w piecu trzeba było jeszcze napalić, a to wcale nie było takie proste. Zwłaszcza wtedy, kiedy zatykał się komin. Kolejnym minusem było to, że nie mieliśmy żadnej osłony na kaloryfer, więc przypadkowe dotknięcie go ręką mogło skutkować oparzeniem. Byłem dość niezdarnym dzieckiem, więc zdarzyło mi się to kilkakrotnie. W końcu zmusiło to moją matkę do zorientowania się ile kosztują i gdzie są dostępne maskownice na grzejnik. Zdobycie ich stanowiło niemały problem. Mieszkaliśmy w małym miasteczku w którym nie było żadnego sklepu z tego typu artykułami. Maskownice na kaloryfer można było dostać w mieście oddalonym od naszego miejsca zamieszkania o mniej więcej sto kilometrów. Odległość nie była może ogromna, jednak nie dysponowaliśmy niestety samochodem, a koniec końców osłony na kaloryfer to nie są przedmioty o małych gabarytach, więc przewiezienie ich pociągiem nie wchodziło w grę.


Zanim udało się je zakupić, wyrosłem nieco ze swojej niezdarności i przestały mi się zdarzać przypadkowe poparzenia. Do tego Wojskowa Agencja Mieszkaniowa, pod jurysdykcją której znajdowała się nasza siedziba, ogłosiła, że zamierza we wszystkich domach w okolicy, również w naszym, zamontować centralne ogrzewanie. Od ogłoszenia do realizacji tego planu minęło jeszcze kilka lat, więc przez jakiś czas wydawało nam się, że ta dobra jak by nie było nowina, okaże się nie mieć pokrycia w rzeczywistości. W końcu jednak montaż centralnego ogrzewania w naszym mieszkaniu stał się faktem i wszelkie maskownice na kaloryfer przestały być potrzebne.


Pamiętam ile zamieszania było w związku z demontażem pieca, bojlera i kaloryferów. Zwłaszcza usunięcie tego ostatniego było dziwne. Przyszło dwóch panów, jeden duży i gruby, drugi mały i chudy, przywitali się, poprosili o zrobienie herbaty, po czym ten duży wziął młot, walnął nim kilka razy w kaloryfer aż ten wylądował na podłodze, po czym chwycili "zdemontowane" urządzenie we dwóch i wynieśli pozostawiając po sobie dziurę w ścianie. Moja matka wyglądała, jakby miała za chwilę eksplodować. Na szczęście nie eksplodowała, jednak doprowadzenie ściany do porządku musieliśmy sfinansować z własnych środków, co biorąc pod uwagę, że nie byliśmy faktycznymi właścicielami mieszkania, niespecjalnie nam się podobało.
Po tym cywilizacyjnym skoku brakowało mi tylko tego rąbania drewna. Byłem nastolatkiem z dość burzliwym życiem wewnętrznym, pełnym kompleksów, lęków i gniewu i możliwość wyżycia się w ten sposób wielokrotnie pozwalała mi doprowadzić się do porządku. Po demontażu pieca pozostało mi granie w koszykówkę.